W nie-czasie, w nierzeczywistości – może rzeczywistej


Jak już się zabierzecie za czytanie Pustostanów, to nie łykajcie ich „na raz”, bo to tylko 180 stron. Zróbcie to dla siebie, dla autorki i dla historii, i dajcie im pobawić się w gagi – te krótkie historie, które nawet jeśli smutne, rozbawią was, zatrzymają na chwilę przy sobie. W przeciwnym razie zaczniecie ziewać, wkurzycie się, może nawet odłożycie książkę. Może się tak stać dlatego, że bohaterka, która ciągle w domyśle będzie autorką książki, odstręczy was dawaniem Polakom po nosie, życiem zupełnie nie tak jak wy żyjecie, opowieścią o zwyczajnych sprawach, które mają urastać do rangi tych niesamowitych, albo mieszanką pewnego lekceważenia w stosunku do mas – a więc i do was.

Nie myślcie sobie, że będę wam odradzać lekturę – co to, to nie. Wręcz przeciwnie – czytajcie! Jestem bowiem ciekawa interpretacji. Powiedzieć, że moja jest niejednoznaczna i czuję się zapętlona, to jak nic nie powiedzieć. Z jednej strony jest w tym jakiś urok poirytowanej nastolatki, a z drugiej zupełnie spójne doświadczanie życia przez ukształtowaną jednostkę. Znajduję tam też wyraz ogólnego niezadowolenia ze zbiorczych, społecznych zachowań, a równocześnie oko do szczegółów, które nieodmiennie lubię i wypatruję w wielu lekturach. Chciałabym w tym dostrzec jakieś głębsze przesłanie, które stojąc w opozycji punktuje nasze patrzenie na czubek własnego nosa, z drugiej nie do końca spójny jest dla mnie świat „anty”, który jest przedstawiony. Do tej pory jakoś wyjątkowo irytuje mnie sytuacja, w której bohaterka używa elektrycznej szczoteczki do zębów, bo dźwięk tej zwykłej ją irytuje. Gra mi na nosie (jak z gotowaniem zupy dyniowej przyjmującej wszystko, od masła orzechowego po mleko kokosowe) czy gubi się w świecie, w którym sama realnie żyje (znowu uważam, że bohaterką jest autorka), a może jeszcze inaczej – może te natręctwa, które paraliżują jej możliwości społecznej egzystencji przenoszą się też na dźwięki wydawane przez przedmiot codziennego użytku, a ja na siłę dorabiam do tego ideologię?

Muszę przyznać, że jest jakaś siła w adaptowaniu dla siebie nawet nie tytułowego pustostanu, ale przedmiotów, które pozostały jako ślad życia po innych. Intryguje mnie to w wielu aspektach. Potencjalnie najbliższa wizja to ta, w której niczym rycerz w lśniącej zbroi, na śnieżnobiałym rumaku ratuję wspomnienia. Oto ja, przechodzę przez próg mieszkania, które było zamknięte odkąd pamiętam i wdycham śladowe ilości zapachu po zmarłym lokatorze. Następnie dokonuję przeglądu rzeczy ruchomych, niemal jak wybitny rzeczoznawca znający się na swoim fachu wyjątkowo dobrze, a następnie przystępuję do dzieła. Wietrzę, aby śmierć pomieszała się z życiem, przesadzam kwiaty, wierząc że przynajmniej je uda mi się wskrzesić, bo jednak moje moce nie sięgają tak daleko, żeby wskrzesić pochowanego właściciela, tu coś zabiorę, tu przysposobię, a tu zasiedzę – że tak to określę. No więc wyjątkową radość sprawiałoby mi ratowanie dusz od zapomnienia. Moja mama kupuje namiętnie stare przedmioty, twierdząc, że mają duszę. Noszą zatem na sobie ciężar nieopowiedzianych historii swoich poprzednich właścicieli, a zatem przygarniając je możemy odgadywać lub dopisywać do nich zupełnie nowe, kompletnie niezgodne z prawdą historie. W jakiś nienazwany jednak sposób przypisujemy sobie kontynuowanie historii, nawet jeśli ta nie posiada imienia. Tutaj jednak ciągle zastanawiam się, czy to zagarnianie rzeczy niepotrzebnych, wyrzuconych, już-bezpańskich nie jest pewnym ukłonem w kierunku marnowania wszystkiego, ale to wszystkiego wokół. Jakże urokliwy to moment, kiedy bohaterka ratuje niechciane przez nikogo kwiaty z kwiaciarni, albo zgłasza na policję kradzież rośliny. Czy wyobrażacie sobie, aby kradzież niechby kępki bratków spod bloku poruszył was do tego stopnia, aby dzwonić do jakichkolwiek służb?

„(…) mówiłam dużo Aha, tak, tak . To najbardziej uniwersalne słowa, które znam, dlatego używam ich prawie zawsze, kiedy prowadzę dowolną rozmowę, nawet nie tylko przez telefon, ale w ogóle w życiu, kiedy nie mam siły na współistnienie na świecie z żadnymi ludźmi. Wszyscy są ze mnie zadowoleni, gdy używam tej pozytywnej frazy o funkcji fatycznej, a ja mogę robić to, co robię, bo staram się słuchać ludzi tylko trochę i to nie wywołuje we mnie dyskomfortu, a w tym samym czasie przenoszę swoją uwagę gdzie indziej i zajmuję się na przykład uporczywym patrzeniem na czyjeś kąciki ust albo linię, od której zaczynają się włosy. Jestem zawsze na tak i nie można zarzucić mi, że mam negatywny stosunek do życia. Zgadzam się z nim, cokolwiek mi zaproponuje. Żyję, rozmawiam przez telefon, mówię Aha, tak, tak, a świat i tak pozostaje bez zmian, jest zawsze jednakowy i moje Aha, tak, tak nie zmienia go ani na lepsze, ani na gorsze. Bilans wychodzi ciągle na zero.”

To jeden z moich ulubionych fragmentów w książce. Zdaje się potwierdzać moją teorię o zapatrzeniu się w nas samych bardziej niż w cokolwiek, co nas otacza. Dołożyłabym do tego jeszcze hmmm i mhm, ale Aha, tak, tak w jakiś idiotycznie nieracjonalny sposób przypomina mi pociągową scenę z Dnia świra, kiedy trajkoczące głowy potrafiły posługiwać się wyłącznie wykrzyknikami w postaci wyrazów dźwiękonaśladowczych i monosylab, które ostatecznie niczego nie wnosiły do dyskusji, poza zaznaczeniem obecności trajkoczących głów bezmózgich dzierlatek. Tak dzieje się, kiedy kolejny raz czytam Aha, tak, tak i myślę sobie, jak często załamanie tuż pod obojczykiem jest istotniejsze od tego, co słyszę, albo jeden z pierwszych siwych włosów u rozmówcy, sterczący dziko jak antenka niemalże na samym czubku głowy, albo łydki przejeżdżającego przez Planty rowerzysty, na które oczywiście muszę zwrócić uwagę, zabierając tym samym możliwość zlizania wszystkich myśli wyrzucanych przez usta rozmówcy w moją stronę. Czy mam się wstydzić? Czy wy powinniście?

Dorota Kotas pisze o wielu sprawach. Niezrozumieniu symboli (konwersacja odnośnie tęczowej flagi zawieszonej w Dniu Niepodległości) – w tej historii zresztą symbol na symbolu symbolem pogania; kpi z coachowania wszystkich i wszystkiego, a to w posypce z mindfulness i odpowiednich pozycji z jogi, których nazw nie jestem w stanie przytoczyć. Otrzepuje się z korporacyjnej pracy – zresztą na poszukiwanie „pracy marzeń” też się wybiera, zaznaczając, że ostatnio to takie modne. Modnych jest wiele rzeczy, ale najmodniejsze jest marnowanie wszystkiego. I tu nie chodzi o to wyleżane już jabłko, które świetnie pasuje do zupy dyniowej (jak większość składników), ale o całe to jedzenie, którego tyle zostaje po dniu na straganie. I tu nawet nie chodzi o te ratowane kwiaty, które lądują na śmietniku, bo nie są na tyle cool (tak się już chyba nie mówi?), żeby wylądować na kolejnej instagramowej fotce; tu nawet nie chodzi o te psy – każdy po 90 kg – które rzucają się na drzwi, tęskniąc do właścicielki (którą być może zeżarły) – tu chodzi o świat w ogóle. Jeśli choć zbliżam się do myśli Doroty Kotas, to pozwolę sobie podłączyć się do tej ogólnej, wszechobecnej marnacji wszystkiego. I, a niech tam, tak będę czytać „Pustostany” – jako opowieść o tym, jak ciągle przeżarci polujemy nadal między sklepowymi regałami. Jak nam ręka nie drgnie wyrzucając to, co innym posłużyłoby kolejne dziesięć lat, ba – co nam by posłużyło kolejne dziesięć lat. I choćby nie wiem jak abstrakcyjna i transowa była to powieść, choćby nie wiem jak mnie męczyła momentami i kołysała monotonną opowieścią, to jest w niej coś pierońsko smutnego i pełnego żalu, co przyciąga. Monty Python też mnie przyciąga, Miasteczko Twin Peaks również. Śmieję się na samą myśl, chociaż jest nad czym płakać.

Czekam na kolejne dziecko Doroty Kotas, licząc, że po Pustostanach rozwinie skrzydła, warsztat i nie będzie wieczną debiutantką.

 

kavka

kavka

Skomentuj