Oświęcim – po prostu miasto


Marcin Kącki w wywiadzie przeprowadzonym przez Emilię Padoł dla Onet.pl powiedział:

— Hitlerowcy mieli swój plan wobec Oświęcimia. Chcieli w nim wybudować wzorcowe miasto niemieckie. W środku byłby obóz, z darmową siłą roboczą, likwidowaną po eksploatacji. Wokół, na przedmieściach, miały być wspaniałe białe domki dla niemieckich rodzin. Rzecz potworna — dystopia, science fiction, najbardziej mroczne miasto świata. 

Czy to nadal najmroczniejsze miasto? Jakie figle płata pamięć, a może tej pamięci – zarówno jednostkowej, jak miejskiej czy światowej – jest za dużo na terytorium tej wielkości? Czy ludzie żyją z widmami czy obok nich? Co wypada mieszkańcowi Oświęcimia? Czy w ogóle możemy o tym pisać, oceniać? W rewelacyjnym reportażu Marcin Kącki przeprowadza nas przez opowieść o współczesnym Oświęcimu, który raz chowa się pod ciężkim płaszczem historii, a zaraz potem zdaje się o tej historii nie wiedzieć lub ją wypierać. Wszystko zależy od punktu siedzenia… rozmówcy autora.

Siadając do czytania nie podejrzewałam, że książka pochłonie mnie na tyle, aby przeczytać ją w ciągu jednego dnia. Nie byłam w stanie się oderwać. Nie tylko dlatego, że nareszcie ktoś potraktował temat inaczej, aniżeli – przepraszam – ckliwą, koszmarną, jak najmocniejszą, najbardziej drastyczną, przejmującą etc. historią mocno naciągniętą lub fabularyzowaną. Nie czytając namiętnie książek o zagładzie byłam zmęczona atakującymi mnie zewsząd okładkami, które finał znalazły w wykpieniu tematu i zrobienia z niego papki nie do wytrzymania. Kącki jednak opowiedział historię słowami ludzi z różnych środowisk, z rozmaitym wykształceniem, słownictwem i funkcjami, które pełnią w oświęcimskim społeczeństwie. Zrobił to z wielką klasą i wyczuciem: podpytywał, ale z jakąś „swojską” nutą, która najpewniej zjednywała mu kolejnych rozmówców; słuchał uważnie i przedstawił doprawdy niebywały obraz współczesnego życia obozowego.

Nie potraktujcie źle sformułowania „współczesne życie obozowe”. Z reportażu „Oświęcim. Czarna zima” (Wydawnictwo Znak) dowiadujemy się bowiem, że są ludzie, którzy właśnie tam, w tym mieście w mieście, czują się u siebie, dobrze i swojsko. Wychowani w otoczeniu szubienic, ściany, pod którą dokonywano morderstw, domów oprawców czy drutu kolczastego mieli swoje sposoby na życie. Jakże przejmującą opowieścią jest ta, w której dowiadujemy się, że dzieciaki podkradając muzealne eksponaty bawiły się doskonale w wolnym czasie. Dzieci ludzi zatrudnionych w muzeum to takie same dzieci jak te lekarskie, mieszkające w ośrodkach zdrowia czy te organistów lub kościelnych zajmujące pomieszczenia domów parafialnych. Czy brak świadomości oraz pewien rodzaj ochrony, który roztoczyli nad nimi bardziej uświadomieni rodzice spowodował, że do tematu podchodzą lekko, nieprzystająco do powagi miejsca? Czy w ogóle możemy wyobrazić sobie, że Auschwitz może być domem?

„Siedzę w krakowskiej restauracji, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Cafe Bergson, bo Grzonka, teraz pięćdziesięciolatek, przeniósł się tu z Oświęcimia. Pytam o dzieciństwo. Pamięta nowe osiedle, które wybudowano dla pracowników zakładów chemicznych, pamięta, że zakłady dorzuciły dom kultury i że gdy mówił, skąd jest, to pytali, na której śpi pryczy.”

Kącki pyta historyka, który z okna obserwuje przecinające się szlaki katolików, świadków Jehowy i Żydów. Mówi o tych swoich obserwacjach z wyczuwalnym przejęciem. Dookreśla różnice w ubiorze, sposobie chodzenia. Zaznacza, że to niezwykła możliwość patrzeć na nich w jednym miejscu, w bliskim sąsiedztwie. Zapytany jednak o wzajemne relacje między grupami odpowiada, że wątpi, jakoby były. Co się zatem stało z Oświęcimiem w wersji „mieszanka” sprzed wojny i wcześniej? 56% mieszkańców było Żydami – angażującymi się w życie miasta i jego mieszkańców, wspierających inne wyznanie. „Pierdolisz?” – odpowie z niedowierzaniem jeden z rozmówców Kąckiego. Cóż począć – to przecież ponad 800 lat historii jednego z najstarszych miast w Polsce.

Sami przeczytacie o walce nauczycieli o sensowną edukację, która miała/ma na celu wpojenie młodym ludziom nie tylko historii i jej poszanowania, ale też akceptacji różności i dojrzewania w byciu otwartym, dobrym i akceptującym obywatelem. Przeczytacie o staraniach dyrektora muzeum Piotra Cywińskiego, ale też jego konfliktach z pracownikami czy włodarzami – Kącki nie daje odpowiedzi na pytanie czy chłodne relacje lub brak współpracy są czyjąś winą, wynikiem posiadania fatalnego charakteru czy zaangażowania w działania poszczególnych partii politycznych. Tym samym nadal trudno nam stwierdzić kto działa na korzyść, a kto na niekorzyść funkcjonowania współczesnego Oświęcimia. Pozostawia to czytelnika z frustracją kolejnego obserwatora, który gdzie przyłoży ucho słyszy inne wypowiedzi, a te – trudno się dziwić – nie przynoszą jednego rozwiązania. Przeczytacie też jednak o tej małej polityce, która ma ambicje być dużą i chętnie opowiada o połączeniach z wielkimi – w skali polskiej polityki – nazwiskami. Ta lokalna polityka łączy w sobie wszystko to, co najlepsze i najgorsze: bycie społecznikiem, chętnie podkreślającym swoje działania na rzecz mieszkańców, ale też niezmienne od lat w naszym kraju przekonanie, by ze wszystkimi się napić, aby żyć dobrze, mieć układy i wić sieć mniejszych bądź większych zobowiązań. To z kolei nie wyróżnia Oświęcimia w żaden sposób. Wystarczy prześledzić doniesienia z lokalnych gazet i gazetek, prowincjonalnych mediów, aby zorientować się, że w tej ościennej do metropolii Polsce dzieje się podobnie: wielkie zakłady upadają, a jeśli jakaś firma zostaje, to prezesom należy wchodzić w tyłek, nawet jeśli rozwalają cały ekosystem danego terenu. Pracę dostają ci, których rodzice albo oni sami mają jakiekolwiek relacje z tymi trzymającymi władzę. Inni wracają po studiach i zderzają się z brakiem perspektyw, więc poddają się i chcąc zostać wybierają inne – niż zdobyte wykształcenie by na to pozwalało – zajęcie lub znów wyjeżdżają… i tym razem nie wracają.

W ogólnym rozrachunku dostajemy od autora zbiór rozmów czy opowiadań, dotyczących Oświęcimia, które swobodnie możemy czytać w różnej kolejności, w różnym czasie, w całości i po kawałku. Wielogłos, który tworzy nam się w myślach, mówi o jednym temacie filtrowanym jednak przez jednostki tak różne, że niemożliwe do połączenia. Tylko pozornie. Wszystko, co dzięki Kąckiemu słyszymy jest melodią o mieście przygniecionym przez obserwacje i wymagania innych, również przyjezdnych i historii, które przywożą. „Wycieczki” zgięte pod ciężarem własnych rodzinnych traum i doświadczeń pokoleń wymagają opuszczonego miasta-widma, w którym nie wypada, aby dzieci bawiły się radośnie na placach zabaw. Bezrefleksyjni „inni wycieczkowicze” odbębniają wizytę plując pod bramą w antysemickim zrywie, albo wyzuci z emocji plączą się od baraku do baraku nie zadając pytań, nie czując strachu, nie niosąc jarzma „pamięci”.

A jeszcze ten, co jako kominiarz ma dostęp do domów i może z nich wynieść rzeczy, które wcześniej były używane w obozie…

I jeszcze ta rodzina mieszkająca w domu, który należał do Hoessa…

I aktor, który pochodzi z Oświęcimia, ale mieszka już z daleka od…

I ten chłopak, który się buduje – dla wielu zbyt blisko obozu – z nadzieją na szczęśliwe życie…

I jeszcze ta, która…

A na samym końcu twist. Listy dzieci. Listy sprzed lat. Nie, nie zacytuję, choć palce same ciągną do klawiatury.

Mnogość pytań, która pozostała we mnie po lekturze niesie za sobą chęć napisania do autora z prośbą o kontynuację. Chciałabym go zapytać o to, czy tej pamięci o Auschwitz jest za dużo? Czy Oświęcim potrzebuje jeszcze świadków? Co sprawia, że ktoś boi się trawy i czy pieniądze załatwią wszystkie potrzeby muzeum? Czy walka o jedną nawróconą owieczkę faktycznie jest tak ważna? Czy pobicie Doriana kogokolwiek czegokolwiek nauczyło? Czy to my jesteśmy nietolerancyjni ,czy izraelskie wycieczki, o których zwykło się wspominać… (przyp. Kavki – kiedy ostatni raz byłam w Auschwitz przewodnik konspiracyjnym tonem powiedział, że nikt nie jest tak agresywny jak grupy z Izraela. – Naprawdę? – zapytałam zdziwiona. Kiwną tylko głową w odpowiedzi.) Czy kibic, który przestanie być antysemitą, bo ktoś udowodni mu jego pochodzenie – bynajmniej nie „Polak czystej krwi” porwie za sobą kolejnych? I przede wszystkim… czy to o czym pisze Kącki to tylko Oświęcim?

Mam wrażenie, że Oświęcim to świetny pretekst do opowiedzenia o Polsce, która karmi się pamięcią o pamięci zapominając.

kavka

kavka

Skomentuj