w krainie ciszy.


„Dawałem mu wolną rękę, bo wiedziałem, że jest szczęśliwy. Aż pewnego dnia przyszło mi do głowy,że są tacy bracia, którzy mimo że żyją podobnie jak inni, nie są ubodzy, bo cieszą się bogactwem, do którego tylko oni mają dostęp, rozumie mnie monsinior? bo nawet jeśli wszyscy cierpieliśmy niedostatek, to on, tam na górze, przy organach, stawał się innym człowiekiem, że tak powiem, a to mi się wydawało bardzo niesprawiedliwe, bo wielu braci zakonnych nie dostąpiło takiej pociechy, a koniec końców, to tylko zwykła świecka rozrywka, bo nie każda muzyka służy Bożej chwale.”

 

Zabrało mi nieco czasu poukładanie sobie w głowie obrazów i tematów, które Jaume Cabre poruszył w „Agonii dźwięków”. Muzyka towarzyszy mi od dziecka i to ona wyznaczała mi rytm przerzucania kolejnych kartek, wodzenia palcem po stronie, chwil, kiedy podnosiłam nieco zatroskany wzrok znad książki i patrzyłam… chyba przed siebie,choć ciężko przywołać mi w głowie ten obraz. Nie raz, ani nie dwa zadawałam sobie pytanie, co wolałabym stracić, który ze zmysłów? Za każdym razem odpowiadałam: nie przeżyłabym chyba, gdybym straciła słuch. Wyobrażenie o zatopieniu się w przemożnej, głębokiej i nieprzeniknionej ciszy, która oblepiałaby mnie na każdym kroku, która nie nadawałaby tła zdarzeniom, których byłabym świadkiem; świadomość niemożności wysłuchania ukochanych dźwięków była i jest dla mnie nie do zniesienia. Jakże smutno było mi zanurzać się w straczeńczą ciszę brata Junoy’a.

To powieść aktualna do bólu i wtóruje wszystkim stronom barykad, po których się stawiamy. Znajdujemy to postacie, które odzwierciedlają tych, na których patrzymy: wiernych, ambitnych, pokornych, wolnych, ograniczonych, religijnych, niepewnych, poszukujących, dobrych, irytujących, światłych. Klasztor stał się miejscem, w którym rytm wyznacza doktryna niezrozumiała większości z nas – ludzi współczesnych. Skrajne ubóstwo, fałsze nieszporów, pokuta. Ale w tym, jakże odmiennym od znanego nam świata miejscu dzieją się rzeczy bliskie, jeszcze bliższe. Codziennie obserwujemy walkę o władzę, stawianie kroków na kolejnych szczeblach kariery, złudne mamienie rzeczami martwymi, podąrzanie za ustalonym prawem. Tworzenie autorytetów, pokazywanie miejsca, które masz zajmować. Chęć posiadania wiedzy o wszystkim i wszystkich. Jeśli dodacie do tego pustkowie, gdzieś na krańcu świata. Lepką magmę otaczającą zakon i jego doktrynę, zdarzenia, które mają miejsce za murami – dostaniecie pełną niepokoju opowieść o ludzkich pragnieniach i niepokojach.

Mam jeszcze tyle pytań. Tyle pytań pojawiło się we mnie po przeczytaniu „Agonii dźwięków”. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy książka pozostawiła we mnie tyle emocji i zagadek.

Mimo, że nie monumentalna i pełna patosu, jak wcześniejsze, znane nam powieści Cabre, to chyba stanie się moją ukochaną. Nieco powściągliwa, ale nadal pełna pieknej narracji, świetnych puent i błyskotliwych  dialogów. I tak dobrze znany nam wątek… nie z tej ziemi. Nie z tego świata, wymiaru, wyobraźni. Czym jest?

Jedno jest dla mnie oczywiste, że dzięki tej książce „Imię róży” już nie będzie królowało w klasztornych i mrocznych szrankach – i nie, nie jest to ocena przesadzona. Wrócę do niej. Nie raz i nie dwa. Nie zdziwię się, jeśli odnajdę na pustyni jeszcze kilka nowych informacji, może tym razem inaczej wyobrażę sobie La Rapita.

„(…), wyrzekłam się fascynacji pustą estetyką, próżną i trywialną, która była treścią mojego nieświadomego życia w Grasmere. Podjęłam decyzję zerwania z przeszłością, ale jeszcze nosiłam w sobie jakąś iskrę buntu, która nie od razu zgasła w tych murach.”

kavka

kavka

Skomentuj