nie okładka zdobi książkę. niekoniecznie…


Uwielbiam jeść. Kocham. Lubię gotować i konsumować. Lubię wyjść do knajpy, lubię sprawdzić food truck’a, lubię zupę tajską mojej mamy i jej gulasz z daktylami; kocham gołąbki mojej babci – na pewno wiecie o czym mówię:)

Bywa z jedzeniem różnie. Czasem jest tak, że ugotuję coś, co wygląda jak bliżej nieokreślona breja; o wątpliwie apetycznym kolorze, konsystencji zbliżonej do dziecięcego gluta i wiecie co – jest pyszna. Smak jest doskonały i sprawia, że zjadam całą michę takiej oto niesympatycznej brei i jeszcze mi mało i zastanawiam się jak powtórzyć ten przypadkowy sukces.

Bywa, że dopieszczam potrawę i marzę o tym, żeby być swoim własnym, osobistym „masterszefę” i układam listki rukoli, prawie zakupuję nową pęsetę, żeby być jeszcze bardziej „och” i „ach”, patrzę na to cudeńko, które można by porównać z pociągnięciem pędzla Picassa… żal mi widelec wbić w to osobiste dzieło sztuki, tego kulinarnego niuniusia, nad którym sterczałam trzy godziny niedzielnego popołudnia. Dwojąc się i trojąc sięgam niesiona euforyczną falą estetyki na talerzu po pierwszy, wymarzony i wyczekany kęs (ciągle przeklinając moment, w którym muszę zniszczyć to cudo) i oto… przeżywam rozczarowanie. Bolesne i okropne w skutkach. Ni to pyszne, ni to mdłe. Ni to po prostu dobre. „Spoko”, „gicior”. Nie wypluję, nie zakocham się. Zjem. Złapię kilka kalorii, co pozwoli mi przetrwać dzień do końca, ale kolejny raz przekonam się, że żaden ze mnie Amaro.

Bywa, że jedno i drugie idzie ze sobą w parze. Widok jest cudowny i sprawia, że patrząc na talerz rozpływam się i jem oczami, aż uszy odpadają (tak się trzęsą); język nie nadąża nad szaleńczym tańcem kubków smakowych! A potem jem i już wiem o czym piszą krytycy kulinarni! Jak faktury ze sobą współgrają, jak smaki się przenikają, jak robią bombę w paszczy, kiedy mielę kawałek po kawałeczku, nie chcąc zbyt szybko przerwać ekstatycznych, kulinarnych doznań.

Z książkami jest jak z jedzeniem.

Przyznaję się jednak bez bicia i chłosty, że stojąc przed półką w księgarni na Grodzkiej, w Empiku, lokalnej księgarni… jak stoję przed regałem, to książki muszą mnie pieścić wzrokowo. Lubię twardą oprawę, która mimo, że cięższa, bywa, że mniej poręczna jest jednak jakąś porządną otuliną do treści. Lubię, kiedy papier jest nieco chropowaty i przygaszony, czasem nieco zżółknięty. Lubię, kiedy okładka nie odrzuca mnie zdjęciem, albo grafiką, która jest dla mnie zwyczajnie brzydka. Jestem estetką. Dlatego nigdy nie miałam ochoty na romanse, dlatego odrzucają mnie książki, które na okładce mają jakieś powyginane panie, wymuskanych chłopców, albo aktorów z filmu nakręconego na podstawie książki (jakbym nie mogła zwizualizować swoich bohaterów!) o to mi chodzi – o wyobraźnię, a tak…  dla nastolatek, które sięgną kiedyś po „Zmierzch” – Edward zawsze będzie miał twarz Pattinsona!

Zdaję sobie sprawę, oczywiście, że treść jest treścią i są książki, które wydrukowane moją kiepską drukarką, na papierze A4 kochałabym tak samo, ale na regale chciałabym jednak mieć książkę, po którą sięgam z rozkoszą i z czułością, i błyskiem w oku głaszczę jej grzbiet i wącham kartki. Nie chcę jej otwierać w przyspieszonym tempie, żeby mnie nie drażniła bylejakość wykonania.

Wydawnictwa, które – każde w swoim rodzaju – urzekły mnie dbałością o „ubranie” dla książki, to Wydawnictwo BOSZ, Wydawnictwo MARGINESY, Wydawnictwo DWIE SIOSTRY, Wydawnictwo TAKO.

na obrazku jedna z moich WIELKICH książek. „Mistrz i Małgorzata” wyd. MUZA

kavka

kavka

Skomentuj