Raczysko.


„Prawdą jest, że moją chorobę nazywa się śmiertelną, nieuleczalną. Współpracuję z ontolożką w celu przedłużenia życia, nikt nie daje mi szans na wyleczenie. Piszę to, by móc wreszcie pisać o śmierci. By się nie bać tego tematu, by i o tym móc snuć narrację, jak o wszystkim, by wreszcie temat ten stał się czymś oswojonym i odsłoniętym. Żebym nie musiała udawać, że o tym nie myślę.”

 

Mam 32 lata. Żyję w pięknym dla siebie czasie. Oczywiście borykam się z wieloma problemami, o których nie czas i miejsce, aby pisać. Każdy z nas je ma, każdy z nas ma różne, czasem podobne, ale nie znam osoby od nich wolnej. Mam największe dobro, które można sobie wyobrazić: zdrowie. Aneta Żukowska tego dobra nie otrzymała w moim wieku. Stała się mięchem pożeranym przez raczysko. Przegrała.

 

Ze zdjęcia schowanego pod okładką patrzy na mnie łysa głowa zaokrąglonej na twarzy dziewczyny, kobiety. Ma podkreślone czarną kreską oczy, a gołe stopy wieńczą pomalowane na czerwony kolor paznokcie. Jest zawinięta w folię termoaktywną. Trochę jak w kokonie, trochę jak po walce, trochę jak po jakimś ekstremum. Ale przecież jest w domu, a w domu powinno być spokojnie. Próbuję coś wyczytać z oczu bohaterki zdjęcia, ale chyba nie potrafię. Myślę sobie, że jest harda – ale to może złudzenie punkowej fryzury.

 

Niestety powinnam widzieć więcej. Nie widziałam. Zobaczyłam dopiero na każdej kolejnej stronie. Stronie pełnej słów gwałcących moje zdrowe ciało. Słów, które krzyczały o bycie człowiekiem i o tym, abym puknęła się w moją szczęśliwą makówkę i przestała się użalać. Słów, które nadały każdemu choremu na raka status: człowiek, a nie: mięcho. Słowa, które stawały mi w gardle, cięły płuca, wchodziły do zdrowej wątroby, targały tkankę i przechodziły dalej, siejąc spustoszenie w każdym, znanym mi narządzie, włączając w to najświeższy: skórę. Kiedy czytałam o tym jak można radzić sobie nowotworem nie wiedziałam co myśleć. W trakcie lektury spotkałam się na papierosie z psychiatrą. Mówię, że wydawało mi się, że przeczytałam sporo książek medycznych i około medycznych, że przecież na co dzień pracuję w szpitalu, w dodatku z dziećmi, że jakiś rodzaj „znieczulicy” mnie dotyczy, a jednak… nie mogę przestać myśleć o tej książce. Nie mogę przestać myśleć o dziewczynie w moim wieku, która lubiła książki, filmy, sztukę i paliła papierosy. O dziewczynie, która chciała pić wino z przyjaciółmi i móc myśleć o przyszłości. Jaką kpiną wydało mi się, że kiedyś ogoliłam się na łyso, bo chciałam być brzydka, albo „taka wyluzowana”, podczas gdy dla kogoś ten sam zabieg jest symptomem umierania.

 

Aneta Żukowska rozprawiała się z rakiem po swojemu pisząc. Pisząc nie o procedurach, ale o człowieku. Na większości z nas, paradoksalnie, nie zrobi wrażenia zabieg chirurgiczny. Nie przerazimy się sikającą z tętnicy krwią, ani rozbebeszonym brzuchem; kawałek mózgu na podłodze zapewne będzie wyglądał całkiem podobnie do tego filmu klasy B, którego tytułu już nie pamiętamy. To, co człowieka wyflacza i depcze, to czyjaś głowa. Aneta Żukowska w „Mięchu” otwiera swoją głowę, aby otworzyć nasze spojrzenie na chorego człowieka. Umierającego, a jeśli nawet nie, to takiego, który pewności o życiu nie ma. My też nie mamy, ale w tym tkwimy. Osoba chora już nie. Żukowska wręcz krzyczy: popatrz na mnie, nadal jestem człowiekiem! To ja, ta sama dziewczyna, która wczoraj kochała się pod gołym niebem, a tydzień temu imprezowała do rana. To ta sama dziewczynka, która chciała żyć!

Kurwa.

„Mogłabym napisać w podsumowaniu, że przez te dwa lata nie straciłam ani jednego przyjaciela, a zyskałam nowych. (…) Że trzeba mówić głośno „nie”. Że nie poznałam siebie bardziej, raczej musiałam wybrać konkretne wersje siebie – na wszystkie nie mam czasu. Że można żyć w szczęśliwym, otwartym związku. Że kocham i jestem kochana, ale też pragnę innych i za tym pragnieniem podążam. Że nie muszę niczego ukrywać. Że ważne jest by nie rezygnować z siebie i obracać się wokół ludzi, którzy nas akceptują. Na resztę nie ma sensu tracić czasu. Że będę robić to, na co mam ochotę, i nikomu nic do tego, dopóki nikogo nie krzywdzę. I że można mnie oceniać, poradzę sobie z tym. Że czasem wątpię w sens wysiłku, jakim jest życie, że już nie chcę więcej bólu i strachu, że może już wystarczy. (…)”

Aneta Żukowska spisała dziennik, który momentami uderza w nuty felietonu, a może odwrotnie. Pisze prosto, pisze w twarz, bez ogródek. Przywołuje innych autorów, przywołuje Sontag i pewną dewaluację jej określeń dotyczących przeżywania choroby i jej doświadczania. Pisze tak, że zdziera swój własny naskórek. Nie sposób nie czuć w tej prozie dojrzałości „na siłę”, spokoju „na siłę”, zrozumienia „na siłę”. Nie sposób, bo autorka wie, że chce mówić, chce pisać, aby znaleźć swoją własną drogę do raka – potwora, który ją zżera, który bombarduje jej ciało. Z którym nie wygra. jej zapiski to też próba zrozumienia drogi do śmierci, kiedy jest się tuż, tuż. Kiedy leczenie i myślenie wydają się tak samo paliatywne. Bo ja myśleć o jutrze, skoro może nie nadejść. Jak zweryfikować wyobrażenia o starości, kiedy należy jasno sobie powiedzieć, że akurat ciebie starość już nie dotyczy. Twój termin do spożycia minął.

To pierwsza część książki. Dla mnie wystarczyłaby za tysiące innych stron.

Druga część książki to rozmowa z lekarką: onk(t)olożką, psycholożką. O tym, co jest wyzwaniem, co sprawia trudność, jak ciężko wyzbyć się lub łączyć emocje do pacjenta z jego leczeniem. O tym, że lekarz tez się boi momentu pożegnania z pacjentem i tego, kiedy leczenie zawodzi. Nie mnie z racji tego, że z zabójstwem przez administrację spotykam się codziennie, tak samo jak często widzę troskę na twarzach lekarzy z wieloletnim nawet stażem pracy… ta sfera zawodowa nie jest dla mnie emocjonalnie wyczerpująca, nie jest też tak ciekawa. Dla tych jednak, którzy nie zderzają się z „systemem” każdego dnia, dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, dlaczego w gabinetach nie spędza się godzin, ale jest się „załatwianym” w kilka minut; dla tych, którzy zwyczajnie chcą wiedzieć – a dowiedzą się, bo pacjentka przepytuje lekarkę dokładnie i do puenty.

„Nie czytajcie, jeśli nie musicie.” – napisała na swoim profilu na FB Paulina Bandura z Księgarni pod Globusem. Nie czytajcie, jeśli nie musicie – piszę ja, Kavka.

Choć, być może będzie to dla was najlepsza rekomendacja.

Książkę wydało Wydawnictwo Karakter.

 

kavka

kavka

Skomentuj