Rzuć wszystko, ale nie jedź w Bieszczady


„Gdzie ja jestem? W Bieszczadach?! Co to ponoć wilki podchodziły tam pod same okna chałupy? Co to ponoć kraina bez Boga i milicji, za to pełna kryjących się przed prawem i alimentami opryszków? Ziemia krztusząca się jeszcze dymem pogorzelisk i parująca krwią po bieszczadzkiej wojnie braci, co tylko tym się różnili miedzy sobą, że jedni raz, a drudzy trzykrotnie żegnali się przy pacierzu? W krainie, co to nawet ponoć nazwę swą wiedzie od BIESów – złych i Czadów nieco łagodniejszych, ale też wszak jednak diabłów, bo jakby tak na mapę zerknąć, to w samej rzeczy – gdzie diabeł dobranoc powiedział… Jakie tam „ponoć”?!”

Jerzy Janicki, Opowieści bieszczadzkie

Tytuł jest nieco przekorny. Któż z nas nie słyszał zdania: „A gdyby tak rzucić wszystko i jechać w Bieszczady?”. To zdanie stało się niemal mottem dla zmęczonych korporacyjną gonitwą mieszczuchów, ludzi chcących zmienić swoje życie, dla tych znudzonych lub wycieńczonych pogonią za pracą, nadgodzinami i pieniędzmi, duszących się w smogowych oparach. Bieszczady stały się w społecznej świadomości niemal ostatnią ostoją prawdziwie dzikiej, polskiej przyrody; świata, w którym nadal natura gra pierwsze skrzypce, w którym na szlakach można być naprawdę samemu – nie spotkać tłumów spragnionych gór i lasu turystów i odstać z nimi w kolejce na szczyt. Połoniny, wiatr we włosach, błoto na Rawce, kiedy akurat złapał nas deszcz, połacie nieznanego terenu. Z jednej strony miejsce zapomniane przez Boga, z drugiej piekielnie piękne i malownicze. Poza Soliną, która oferuje ogromną bazę noclegową i wypadową, przyciąga amatorów wodnych rozrywek i aktywności jest też część, w której próżno szukać turystycznego blichtru. W tamtych lasach można się zgubić. Czasem wydaje mi się, że boję się tamtego nieznanego… równocześnie pozostaję w zachwycie i chęci powrotu. Po tym, jak ekrany naszych telewizorów przejął we władania serial „Wataha” o Bieszczadach zaczęło się mówić nieco inaczej, nadal jednak z utrzymującą się fascynacją. Jednak pogląd na dzicz zmienia się diametralnie po przeczytaniu debiutu (sic!) Anny Cieślar „Berdo” – to jest wysoko postawiona poprzeczka, moi drodzy. Bardzo mocne wejście w literacki świat.

Nie wyobrażam sobie innego punktu wyjścia do recenzji niż słowa o Bieszczadach. Właśnie przez tamte tereny wędruje Berdo wraz z synem, właśnie tam znaleźli swój dom i właśnie tam go stracą – zyskując – być może (bo autorka wcale nie daje tu odpowiedzi) – coś znacznie cenniejszego: siebie. Na pierwszy plan na pewno wysuwa się historia tej dwójki: kłusownika zwanego Berdo i jego kilkuletniego syna. Próżno tu jednak szukać ciepłej historii o tym, jak samotny rodzic (nareszcie samotny ojciec) pokonuje wszelkie przeszkody, aby zapewnić dziecku to, co w życiu najlepsze. Nie znajdziemy tu też porozumienia między chłopcem a mężczyzną, które nie wymaga słów, bo jest utkane z jakiegoś kosmicznego zrozumienia i pogłębionej relacji. Nie znajdziemy tu wychowawczych wskazówek (i na miłość boską, niech nikt nie próbuje brać tutaj przykładu z tytułowego bohatera!), nie znajdziemy czułości, nie znajdziemy rodzicielstwa przenoszącego góry, pokonującego wszystko siłą miłości… Zderzymy się z surową – zupełnie jak otoczenie, które chłodno i szorstko, jak to tylko możliwe opisuje Cieślar – relacją ojca pokonanego przez swoje demony, starającego się pozostać wyzutym z uczuć ciepłych i dobrych, skazanego na samotność, powalonego przez straconą miłość, która przez lata położyła się cieniem na jego emocjach, zbudowała pancerz, wytworzyła maskę zalaną krwią sączącą się z zabitych zwierząt, a w dodatku śmierdzącą szczynami – i syna. Taka prawda. Berdo uwikłany w ciemne interesy rynku kłusowniczego zarabia na zabijaniu. Bywa, że autorka przedstawia go jak mistrza w swoim fachu: ten, który wyje jak wilki, ten który podkrada się niepostrzeżenie, ten który przewiduje, ten który słyszy, ten który staje się zwierzęciem – drapieżnikiem, ten który obserwuje i nawet, jeśli czasem wydaje nam się, że uruchamia w sobie jakieś ludzkie odruchy – pozostaje bezwzględny. Berdo… dziki jak przyroda. Słaby jak swoje ofiary. Zagubiony i twardy. Emocjonalny i niewzruszony. Hardy i płaczący między kolanami dziwki pachnącej odurzająco.

Dziecko. Chciałabym polecić tę powieść wszystkim, ale mam wrażenie, że nie jest dla wszystkich. Czy wrażliwa matka, która zupełnie niedawno urodziła syna i tworzy w głowie obrazek, na którym ojciec i syn, ramię w ramię, budują karmniki i wybierają się na biwak, chodzą na ryby i przynoszą jej kwiaty chce czytać o wyniszczającej podróży-ucieczce, na którą ojciec skazuje syna? Czy chcą czytać o oschłości, poczuciu odrzucenia, a równocześnie tym niezbadanym poczuciu oddania dziecka w stosunku do swojego rodzica? Czy chcą czytać o coraz bardziej wychudzonym ciele chłopca, na którym wiszą ogrodniczki, o zimnie, o marzeniu o suchej stodole; czy chcą czytać o dziecku, które – jak mi się zdaje – chce tylko wiedzieć czy ktoś je kocha?

„Odkąd wrócił z pogorzeliska, Berdo miał wrażenie, jakby został odurzony silną substancją, przytępiającą zmysły i trzeźwe myślenie oraz pozbawiającą motywacji do czegokolwiek. Gdy klęczał pośrodku zwęglonych resztek, przemknęło mu przez myśl, że dalsze ukrywanie się nie ma sensu. Ucieczka, wyrywanie wolności kawałek po kawałku były karkołomne jak karczowanie lasu oraz budowa własnej chaty i koniec końców zmierzało zapewne do podobnego, gorzkiego finału. A jednak coś broniło się w nim jeszcze, jakaś mała cząstka na przekór wszystkiemu pragnęła swobody i nie zamierzała się poddać. Zrozumiał to, kiedy Radek dokonał wyboru. Teraz, gdy trzymał go za rękę i dotrzymywał mu kroku z własnej woli, Berdo poczuł, jakby do przepełnionego smrodem spalenizny pomieszczenia wpadła nagle odrobina życiodajnego tlenu. Pomyślał, że tyle mu wystarczy. Zacisnął palce na szczupłej dłoni i wciągnął powietrze do płuc.”

fragment książki

Ten tekst pojawia się niemal pod koniec powieści. Sięgając po książkę będziecie świadkiem wielu zdarzeń. To po trosze kryminał osadzony w brudnej, polskiej, ale też – a może przede wszystkim – przygranicznej rzeczywistości, w której wszystko zdaje się odbywać inaczej, może na granicy prawa, a może zupełnie poza nim. Surowość przyrody, krew zwierzyny miesza się tu z tą ludzką – nie tylko spowodowaną śmiertelnym uderzeniem, ale też krwią metaforyczną – która sączy się z ran niewidocznych dla oka. Schowanych w sercach i umysłach. Poza wszystkim, co złe, umorusane, przydymione węglem i alkoholem jest tu też miejsce na przedziwną przyjaźń i lojalność, ale też wrażliwość na piękno. Niezwykłe cechy łączy w sobie opiekun chłopca, „przyjaciel” Berdo, artysta, rysownik ikon, mieszkaniec Bieszczad – Millionen Jahren. Ten starzec z zafrasowaną twarzą, przepełniony nadzieją, a może tylko zwyczajną dobrocią – zdaje się ucieleśniać marzenie o ciszy, spokoju i ucieczce. Człowiek, o którym Radek (syn Berdo) mówi, że ma dla niego zawsze czas. Ma czas. Czyż to nie największy skarb w tych dziwnych czasach? Zresztą, cóż to w ogóle znaczy „dziwne czasy”?

„W chacie usiadł przy stole, starannie rozłożył naszyjnik. Wygładzał każde zagniecenie rzemyka, drżącymi palcami musnął białą kość, a potem siedział już tylko i patrzył na niego jak na relikwię, obojętny na wszystko inne. Poczuł się nagle kompletnie bezradny. Stary i niedołężny niczym balonik, z którego uszło powietrze. Ogarnięty słabością położył się do łóżka i resztę dnia przeleżał, wpatrzony w sufit.”

fragment powieści (dot. Millionen Jahren)

Odczytuję tę powieść na różnych poziomach:

  • trudnej relacji ojca i syna
  • wewnętrznej walki zranionego człowieka
  • ingerencji człowieka w dziką przyrodę w sposób brutalny i krwawy
  • męskiej przyjaźni i lojalności
  • stosunku dorosłego do dziecka
  • niesienia za sobą krzyża – zbyt wielkiego i ciężkiego do uniesienia
  • zbrodni i stosunku do niej człowieka
  • uleganiu zezwierzęceniu

W tym wszystkim bombardowały mnie też pytania o to czy prawo natury jest nadrzędne i czy zaszczute zwierzę ma prawo zabić, tak jak zaszczuty człowiek może targnąć się w amoku na przedstawiciela tego samego gatunku. Zastanawiałam się czy chłopiec, który musiał szybciej dorosnąć – faktycznie to zrobił? Czy można mierzyć dojrzałość w sposób, w jaki sugeruje autorka? Równocześnie rozważałam moralność samą w sobie, dbanie o kręgosłup moralny, stawanie się dla kogoś wzorem. Wiele tu pytań. Ostrzegam was – ta powieść wywołuje przedziwny efekt wyczerpania, wyniszczenia, jakiegoś wszechogarniającego poddania i rezygnacji. Z każdą kolejną stroną (zwłaszcza na etapie – nazwijmy to – ucieczki) mamy wrażenie, że z trudem przekładamy strony, że opadamy z sił. Zamykając książkę miałam w głowie tylko jedną myśl, że Anna Cieślar wykończyła mnie tak jak swoich bohaterów. Ale to musicie po prostu przeżyć.

 

berdo – góra o stromych, skalistych stokach; nazwy stoków w Bieszczadach np. Bukowe Berdo