Zło z szuflady

Share on facebook
Share on email

 

Do komiksu Brechta Evansa „Pantera” z Wydawnictwa Timof Comics dojrzewałam kilka miesięcy. Nie miałam żadnych powodów, żeby uciekać przed lekturą. Po kilku minutach czytania i patrzenia, wiedziałam, że czasem nawet najpiękniejsza i najbardziej kolorowa okładka może przynieść ze sobą najstraszniejszy mrok. Czy to była czytelnicza intuicja? Nie wiem. Wiem, że to piekielnie – i to określenie nie jest tu bez znaczenia – dobra lektura. Przestrzegam Was jednak – nie chcielibyście, aby Pantera was odwiedziła, tak naprawdę nie chcecie czytać tego komiksu i wiem, że pokusa będzie tak wielka, że go przeczytacie. Będziecie żałować i być wdzięczni, polecać i negować, płakać i śmiać się – wszystko w tym samym czasie. Na końcu odłożycie komiks z poczuciem potrzeby wyrzygania wszystkiego, co zobaczyliście.

Peany nad wydaniem są zasadne. Robią też sporo interpretacyjnego zamieszania. Wielobarwna okładka, która przedstawia dziewczynkę w wieku wczesnoszkolnym oraz panterę, która pantery nie przypomina. Żółcie, zielenie, róże – a zwierzę jak kameleon – dostosowane kolorystycznie do otoczenia. Format sugerujący książkę dla najmłodszych czytelników z uroczą, żółtą jak południowe słońce tasiemką (pucio, pucio). Gruby, masywny, szorstki papier; fantastyczna wklejka. Kartkując widzimy pełnokrwiste obrazy, zajmujące całe strony, lub niemal minimalistyczne, fragmentaryczne screeny, które sugerują świetną i pozytywną zabawę. Timof zrobił kawał wydawniczej roboty, bo książkę zażera się wzrokiem nie bez przyjemności.

Cóż jednak z tego, skoro warstwa interpretacyjna jest popaprana jak księża w dokumencie Sekielskiego (porównanie nieprzypadkowe), a mnogość domysłów, brutalność historii oraz wodzenie za nos przez Evensa jest niemal nie do wytrzymania przez całą lekturę. Niech nie sięgają ci, którym emocje dają popalić na długie tygodnie. Zostaniecie rozszarpani – i tyle was będą widzieli.

Oto ona: mała dziewczynka – Krystynka. Krystynka ogromnie cierpi, nie dość, że matka opuściła i ją, i ojca, skazując na pewien rodzaj okaleczenia już na starcie życia, to jeszcze jej ukochana kotka o wdzięcznym imieniu Panna Kociczka trafia do weterynarza, od którego już nie wraca żywa. Wraca jej ciało, dla którego trzeba znaleźć miejsce pochówku. Czy to nic? Otóż nie. To wszystko – dla małej dziewczynki, której odebrano przyjaciela wali się świat, a miejsce, które jest ostoją to pokój, w którym czeka wierna powierniczka i pochłaniaczka łez: poduszka. Trauma dziewczynki przeistacza się w inną, z którą Krystynka będzie musiała mierzyć się całe życie. Jak za skinieniem magicznej różdżki pojawia się w pokoju dziewczynki Pantera, o uroczym imieniu Octavianus Abracadolfius Pantherius. To Książę Koronny Panterolandii! Kto by nie chciał mieć takiego gościa, zwłaszcza, kiedy wali się świat? Pantera jest z pozoru doskonałym towarzyszem: mówi to, co dziewczynka chce usłyszeć (świetne, sugestywne dialogii i widok skonsternowanej twarzy – pyska zwierzęcia, które co rusz próbuje wybrnąć z odpowiedzi na zadawane pytania), zmienia kształt i kolory, sprawia, że otoczenie staje się znacznie bardziej interesujące niż jest w rzeczywistości, a dodatkowo ma ciepłe futerko – zwłaszcza na klatce piersiowej. Tuli do snu, absorbuje i odstrasza złe myśli.

Tyle, że owa sielanka mija tak szybko, jak szybko pojawia się Pantera. Na każdym kolejnym obrazie pojawia się bowiem jakaś atmosfera niepokoju, cień, mrok, kolor, który zmienia się w czarny, kiedy dziewczynka usypia. Zabawy dorosłemu, wrażliwemu i wnikliwemu czytelnikowi będą, strona po stronie, sugerować tylko jedną interpretację. Molestowanie seksualne. Nie chcę się bać tej interpretacji, wierzę, że mogą być inne. Jednak odruch wymiotny i obrzydliwość, która eskaluje na zabawie urodzinowej Krystynki nie pozostawia we mnie najmniejszych wątpliwości. Evens napisał i narysował komiks, który uderza w najobrzydliwsze skojarzenia, wiedzę, doświadczenie – oby nie wspomnienia. Mdłości intensyfikują się, kiedy oblewa je cukierkowymi wręcz farbami. Rozwodniona akwarela dodaje im dodatkowej lekkości i transparentności, tak jak przedmioty i postacie, które się przenikają – w niektórych momentach autor używa tylko konturów, które sprawiają, że obraz jest wielowymiarowy. Fascynacja ilustracjami miesza się tu z interpretacyjną frustracją.

 

Powiedzmy sobie szczerze – czasem chce się tym komiksem cisnąć w kąt, a potem biec do łazienki. Ja przepiłam go ginem z tonickiem.

Jakże sprytnie Brecht Evens poprowadził dwie narracje, jak fantastycznie skonstruował świat, który zostanie odczytany inaczej przez dzieci, a inaczej przez dorosłych. Jak nagina myśli, pokazując nam zmieniającą się Panterę. Jak sugestywnie opisuje jej przyjaciół, przybywających na uroczyste urodziny dziewczynki, jak manewruje między tym, co niewinne, a tym co brudne, zdegenerowane i mroczne.

Proszę Państwa, oto arcydzieło.