Dan, Dan… Oh, Dan…

Od kilku dni tłukę się z myślami czy napisać o „Początku” Dan Browna. Lubię pisać dobrze. Zwyczajnie, wyznaję zasadę, że jeśli o kimś mówię – to dobrze, jeśli miałabym powiedzieć coś złego – wolę nie mówić (zdarzają się drobne wyjątki w postaci sytuacji, w których ktoś tak bardzo mnie skrzywdził lub bliską mi osobę, tak bardzo nie widzi swojej winy, nie wyraża skruchy, że wtedy po prostu nie mam oporów). W innych przypadkach zbywam milczeniem i idę dalej, aby nie zaśmiecać sobie życia. Z książkami jest tak samo – jeśli w moim odczuciu dokonam złego wyboru, takiego definitywnie złego, to nie chcę pisać o książce – po co? Żeby skwitować treść: nie, fuj, nie podoba mi się. Bo co ja mogę wiedzieć? Jestem odbiorcą, który do bólu subiektywnie, bierze do siebie i na siebie historię i woli pisać o czymś, co w jego mniemaniu jest naprawdę wartościowe.

Jednak kolejny „hit” Browna zdenerwował mnie tak bardzo, że po prostu muszę o tym napisać (rodzaj moralnego obowiązku?).

Ja rozumiem, że jeśli coś się sprawdziło, to można się tego trzymać, ale kalka z kalki przez kalkę? Oto otwieram książkę, która nęci zapachem, obietnicą zagadki, pstryczkiem w nos dla religii (jestem głęboko wierząca w naukę i tylko w naukę), wartką akcją, europejskimi zbytkami, nutą sztuki, teoriami spiskowymi – cud! Otóż żaden cud, tylko literacki pop w niezbyt zjadliwym wydaniu. Robert Langdon, którego pokochałam jako mieszankę Bonda i Indiany Jonesa w bardziej intelektualnym wydaniu jest nijakim Robertem Langdonem, który (o rany! o rany!) znalazł się w środku królewsko-religijnej afery. Oczywiście profesor nie może działać sam – towarzyszyć musi mu piękna i ekstremalnie inteligentna kobieta na stanowisku (oczywiście!), która od swoich poprzedniczek różni się tylko specjalizacją zawodową. Napotykają przeszkody, ale jak najlepiej wyszkoleni tajni agenci uciekają gwardiom, żołnierzom, GPSowi i po prostu są świetni. Czasem ich sprzymierzeńcem okazuje się stary znajomy, czasem – komputer. Zwał jak zwał, ale zwał, jak pisał Shuty. Raz odwiedzamy Rzym, raz Barcelonę, możemy skoczyć też do Waszyngtonu. Czasem w rękach mamy antyczne eksponaty rodem z muzeum lub pracowni Leonarda (sic!), czasem nowoczesne zabawki z fabryki, powiedzmy, Tesli. I już pal sześć, może by się to sprawdziło, gdyby nie to, że jest to tak strasznie, tak strasznie i do bólu przewidywalne. Oportuniści na stołkach mających swoich Silasów, pościgi, rozwiązywanie zagadek na sekundy przed nastaniem koszmaru; tajne siedziby, naciągane w książce już do bólu fakty (autoportret stworzony przez komputer – Miro – mapa – bystre oko Langdona!). Auć!

Nie mogę zabrać autorowi tego, że jego książki czyta się w jedną noc, że to wszystko jest w tempie, że krótkie rozdziały to tempo potęgują, że nawet edukacyjnie fajnie poszukać potem realiów, że zwraca uwagę na wspaniałe pamiątki po wielkich ludziach i z ogromnym szacunkiem pisze o mistrzach i sztuce. Wszystko to bardzo miłe, łechcące i chwalebne – ale tym razem za mało i już do kotleta, nie do poduszki.

Niech będzie. Jeśli potrzebujecie czytania dla czytania – proszę bardzo. Jeśli nie zwrócicie uwagi na ten sam schemat, te same chwyty i te same postacie nazwane innymi imionami – sięgajcie i niech Wam czytanie lekkim będzie. Ja się wypisuję i zawiedziona do bólu sięgam po reportaże, bo potrzebuję realizmu i konkretów. Nie mam już sił na zbyt wiele fikcji w fikcji i hasłach „bestseller” przed startem sprzedaży.