Guzikologia

Share on facebook
Share on email

Mam swoje ulubione bajki. Możecie wierzyć lub nie, ale uważam, że pielęgnowanie w sobie dziecka jest jednym z naszych podstawowych zadań. Często o tym zapominam, a potem jest mi wstyd. Kiedy staram się sobie przypomnieć jaki świat był cudowny, kiedy byłam mała, jak bardzo zadziwiało wszystko, co spotkałam na swojej drodze tak bardzo mi żal. A nie chcę go odczuwać. Przypomnijcie sobie wszystkie pierwsze razy: pierwszy krok, pierwsza zjedzona marchewka albo mucha, która wpadła do otwartej paszczy, pierwsza biedronka wypuszczona w niebo, pierwszy raz, kiedy zobaczyłeś rysunek dinozaura, pierwszy raz kiedy chodziłeś po trawie boso, pierwsze smaki lodów śmietankowych za 55 groszy i oranżada w proszku, albo Vibovit.

Mój pierwszy raz z twórczością Gaimana pamiętam bardzo dobrze. Moja najlepsza na świecie mama, która od zawsze ma dar do wynajdywania zacnych rzeczy od książek przez muzykę aż po papierośnice, które stają się wizytownikiem na targach staroci – przyniosła „Wilki w ścianach”, które o ile dobrze pamiętam były reklamowane jako horror dla dzieci. I chyba już wtedy wiedzialam, że Gaimana nie opuszczę szybko. Potem była fascynacja komiksami, a teraz mam pięknie wydaną serię jego książek przez Wydawnictwo Mag (zaprawdę powiadam Wam – są piękne!).

A Koralina, to piękne i mądre fantasy, z wartką akcją, portalem do innego świata, którym są tajemnicze drzwi w salonie; kompletnie urokliwe są postacie – osobliwe siostry, które nie mogą pogodzić się z przebrzmiałą już historią o ich młodości w teatrze, otoczone gromadą podstarzałych psiaków oraz nadzwyczajną zdolnością wróżenia z herbacianych fusów… „- Co dokładnie mi grozi? – spytała Koralina. Panny Spink i Forcible spojrzały na nią pustym wzrokiem. – Nie wiadomo – oznajmiła panna Spink. – Fusy nie przekazują tego typu informacji. Nie nadają się. Są świetne, jeśli chodzi o sprawy ogólne, ale nie o szczegóły.” Mamy też szalonego posiadacza mysiego cyrku obdarzonego ogromnymi wąsami. Próbuje nawet przekazać Koralinie ostrzeżenie od swoich wąsatych podopiecznych, czyżby je rozumiał? Jest też kot. A ja kocham koty.

Skoro lubię bajki, fantasy, wyraziste postacie i mądrość nie mogłam nie pokochać Koraliny. Mamy tu rezolutną dziewczynkę, której postać przemyca bycie odważnym, oddanym, poszukującym i namawia do bycia badaczem – Koralina jest badaczem z krwi i kości. Opowieść sugeruje rodzicom zweryfikowanie swoich priorytetów w dorosłym świecie (nie mogę się oprzeć wspomnieniu o Małym Księciu), opowiada o tym, że strach jest naturalny, każdy go doświadcza, ale to wcale nie znaczy, że nie możemy sobie z nim poradzić – nie ważne ile mamy lat. Przepieknie wykorzystuje wspomnienia z dzieciństwa do wytworzenia dreszczyku: skrzypienie w domu, którego do końca nie znamy, wydłużone i wyolbrzymione cienie gryzoni, dni, kiedy mgła wydaje się być gęsta jak mleko, lustra. Pewnym rodzajem lęku jest też nuda i brak zainteresowania rodziców. Świat fantastyczny nie zaskakuje, ale też nie wieje tu nudą i te guziki… (czytając książkę wszędzie widziałam pozszywane niezdarnie ze strzępków materiałów szmacianki z guzikami zamiast oczu i ustami wykonanymi jak szew chirurgiczny – nadal creepy).

Te niesione przez opowieść mądrości zmieniają się na przestrzeni mojego życia. Koralina była już dla mnie dreszczowcem, infantylną  opowiastką do straszenia maluchów, arcydziełem, pouczeniem dla młodej mamy, a teraz jest piękną opowieścią, którą chętnie czytam. Ot, choćby dla takich zdań:

„- Jak duże są dusze? – spytała Koralina. Druga matka usiadła przy stole i oparła się o ścianę. Milczała. Podłubała w zębach długim paznokciem polakierowanym na szkarłatno, a potem delikatnie postukała palcem – stuk, stuk, stuk – w błyszczącą czarną powierzchnię czarnego oka-guzika.”