i stała się ciemność.

W sobotni wieczór siedziałam rozbawiona na krakowskim Kazimierzu. Ul. Józefa wrzała jak zawsze, emanując chichotami, alkoholowym wyziewem i pięknymi ludźmi z wielu miejsc na świecie. Miło. Kolorowe, metalowe krzesła podpierały białą ścianę małej knajpki, w której brakowało goryczkowego piwa, przy halogenowym barze piętrzyli się amatorzy banieczek, a po wejściu do toalety przenosiłeś się na dyskotekę początku lat 90′. Wszystko pięknie oświetlone, piwa zmrożone, taksówki w pogotowiu i zapiekanki w Okrąglaku, czekające na kolejnych smakoszy z „gastrofazą”… Po zakończonych rozmowach i szumie w głowie dojechałam do mieszkania. Tam również bardziej niebezpieczne niż zwykle schody oświetliły mi posłuszne żarówki, wanna uraczyła mnie wodą na przemian zimną i gorącą w zależności od potrzeb, po drodze zakupiłam odpowiednią ilość płynów i zasnęłam przy dźwiękach dialogów z kiepskiego filmu. Podłączyłam telefon do ładowarki, pogasiłam światła, odpłynęłam, wiedząc, że jutro bez problemu zagotuję wodę na mojej elektrycznej kuchence.

Ha! A gdybym nie mogła. Przeanalizowałam sobie jeden, radosny wieczór i uświadomiłam sobie, że „Blackout” Elsberga jest gorszym scenariuszem niż mogłam przypuszczać. Tesla narobił trochę zamieszania i noc przemienił w dzień. Wszystko, co nas otacza oraz my sami jesteśmy niewolnikami elektryczności – a teraz wyobraźmy sobie, że – gasną wszystkie światła. Elsberg napisał powieść fascynującą i tak ogromnie przerażającą, że momentami miałam dylemat czy czytać kolejną stronę. Świat przedstawiony nie straszy krwią i zombie – straszy realizmem (zresztą to samo dotyczy Helisy). Przeraża tym, że jest realne, że sieci zawodzą, a brak prądu to nie tylko brak światła, ale brak płynności finansowej, brak możliwości tankowania, brak ogrzewania, klimatyzacji, zasilania w szpitalach; toalety, które stają się kloaką niosącą zagrożenie epidemiologiczne, czarny rynek i lichwa zaczynają panować na ulicach, lecą głowy, zwalniają się stołki, bossowie lądują na dywanikach, a personel dwoi się i troi aby zaradzić tragedii. Krótkie rozdziały nadają książce tempa, którego i tak nie brakuje. Poza zmaganiami poszczególnych bohaterów oglądamy klęskę oczami specjalistów, polityków, szefów zarządów, kierowników sztabów kryzysowych – ukłon dla autora za doskonały research – dawno nie czytałam tak dopieszczonego science tuż obok świetnego fiction. To tomisko ma 800 stron – uwierzcie, nie poczujecie. Język jest świetny, momentami wręcz techniczny – nie literacki, co dla mnie sprawdza się cudownie w tego typu opowieści. Postacie są pełne charakteru, dopracowane i wyraziste, świat chyli się ku upadkowi, chaos na stołkach, białe, wykrochmalone koszule prezesów stają się stopniowo mokrymi od potu kawałkami materiału, mimo iż to tak uprzywilejowany świat, nawet w obliczu takiej katastrofy. Ale kiedy ekrany palą się na czerwono, a pomysł ma tylko włoski haker, którego nikt nie traktuje poważnie… cóż – przekonajcie się sami.

Jest też pewne piękne przesłanie w „Blackout”, być może na siłę chciałam je wyczytać spomiędzy zdań już od pierwszej strony. Myślę jednak, że możemy znaleźć tam pewną pochwałę prostoty; tego, że kiedyś to, co zebrane własnymi rękoma, ogrzane słońcem, a nie cieplarką; to co wyhodowane, podgrzane na piecu, w którym skwierczy zebrane drewno; masło ubite, krowa wydojona, ciepło od paleniska, świeczka nocą i wiadro pełne deszczówki lub wody z rzeki… teraz uśmiechamy się pod nosem, bo brzmi jak opowiadanie pozytywisty. A jednak z rozrzewnieniem pomyślałam o świecie, w którym musiałabym głośno krzyknąć na koleżankę, aby wyszła z domu;  w którym chleb pachniałby w kuchni – nie piekarni, a my sami mięlibyśmy jakby więcej czasu…

 

Jeśli nie sięgaliście po tą pozycję – nie czekajcie, tylko koniecznie biegnijcie do biblioteki lub księgarni. Nie zmarnujecie czasu, doświadczycie czytelniczego dreszczu i zweryfikujecie swoje uzależnienie (gwarantuję, że klika razy będziecie planować drogę postępowania w sytuacji opisanej w książce, a niektórzy – być może – zaczną robić realne przygotowania;)). To niemal doskonała opowieść. Bierzcie i czytajcie zanim wyłączą światło!