jest życie po końcu świata.

„Nie lękajmy się umarłych. to żywi są dla nas zagrożeniem.”

Jan Stępień „Zamyślenia”

Pamiętam, kiedy weszłam do Auschwitz. Nie byłam przygotowana ani na to, co zobaczę, ani na to jakie emocje będą się we mnie kotłowały. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz, co sobie wtedy myślałam nie umiałabym odpowiedzieć. Uważam, że Ci, którzy wojny nie przeżyli nie powinni o niej pisać. Nie powinni zastępować, ani wyobrażać sobie tamtych emocji tymi, które wydają się odpowiednie, pasujące. Mam z tym ogromny problem. Jak mówić, jak pisać o zdarzeniach, których nie znam. Idąc przez pozostałości obozu koncentracyjnego umiejscawiałam się w nim… stałam nad otworem, w którym miałabym się opróżniać, lokowałam się na „pryczy”, zastanawiając się, jakie ciała ogrzewałyby mnie leżąc obok, szłam obok torów i myślałam o tym, jak mogłabym być ubrana, wysiadając z pociągu śmierci. Za każdym razem karciłam się w myślach, mówiąc sobie: głupia dziewucho, co Ty możesz sobie wyobrazić, jaki krzyk i jaki ból możesz przywołać w głowie, skoro nigdy głodna nie byłaś, skoro na Twoich nogach zawsze były buty, a wyobrażenie chłodu to stanie w zbyt cienkiej kurtce na przystanku autobusowym. Co Ty, dziewucho, możesz wiedzieć o śmierci? Było mi wstyd, wiecie, było mi strasznie wstyd. Chodziłam między barakami, słuchałam, co ma do powiedzenia przewodnik i byłam jak wydmuszka. Pusty turysta idący powoli z jakąś bladą twarzą, bo zbyt wiele tam cierpienia, zbyt głucho, zbyt… ciężko.

To miejsce to nasz narodowy pomnik cierpienia, bólu i ludobójstwa. Nigdy nie zastanawiałam się ile takich pomników postawili ludzie na przestrzeni wieków w wielu miejscach na świecie. To taki syndrom – wiem, że były i są wojny, wiem, że ludzie giną, ale tak bardzo, tak bardzo nie chcę o tym myśleć.

W roku 1994 miałam 8 lat i przygotowywałam się do przyjęcia sakramentu Komunii. Wybierałyśmy wianek na głowę, a ja cieszyłam się, że moje długie włosy będą zakręcone w loki. W naiwności dziecka lgnęłam do kościoła i działałam w Kole Misyjnym. Lata były ciepłe, zimy przynosiły śnieg, a ja byłam szczęśliwym dzieckiem, które niewiele (o ile w ogóle) widziało o wojnie, krwi, przemocy i śladach po kulach. W tym samym czasie w Rwandzie ginęli ludzie. W kościele, który miał być opoką zarzynano dzieci, kobiety, starszych i młodych. Ludzi. Zarzynano takie dzieci jak ja. I nigdy bym na to tak nie popatrzyła, gdyby nie rozmowa z Joanną Kos-Krauze i reportaże o Rwandzie.

Jeśli chcecie wejść do czyjegoś wnętrza i znaleźć kilka pikantnych szczegółów z życia reżyserskiej pary, nie sięgajcie po tą pozycję. „Jest życie po końcu świata” to wiele więcej niż życie obok chorego człowieka i patrzenie jak odchodzi. To wiele więcej niż pożegnanie i sztuka żałoby, a potem życia dalej. To wiele więcej niż rys historyczny wydarzeń w Afryce. To książka o trudnych tematach, o milczeniu nad śmiercią, o wierze, kościele, szale zabijania, o porażce. Powiedzieć, że ta książka jest poruszające to ogromne niedopowiedzenie. To wyrwanie z naszych bezpiecznych kokonów, to rzucenie w twarz zakrwawionymi obrazami, przemocą, rzezią. Śmiercią. A potem? Potem powrotem do życia. Pełnego smutku, żalu, złości. Pełnego… matko moja, serca rozerwanego!

„W kościele w Nyamacie Hutu wymordowali 10 tysięcy Tutsi. W kilka dni. W ruch poszły granaty, maczety, drewniane pałki, dzidy. Ciężka, ręczna robota. Trud siepaczy. Bojówkarzy i zwykłych sąsiadów zwabionych okazją rewanżu i łatwego szabru, a jednocześnie przymusem zabijania. Bo filozofia tego ludobójstwa nie pozostawiała wyboru: albo zabijałeś, albo byłeś zabity. Nawet jeśli byłeś Hutu. Obojętni automatycznie stawali się zdrajcami narodu i też szli na rzeź.”

Opowieść o Rwandzie przeplata się z wywiadem z Kos-Krauze, o jej osobistym końcu świata. To ważna rozmowa. Pełna mądrości kobiety, która słucha ludzi. Czasem emocjonalna, czasem chłodna – zawsze prawdziwa opowieść o tym, co jesteśmy w stanie przetrwać, czy potrafimy się przyjaźnić, jak ufamy i ile osób pomaga. Opowieść o tym, że warto poruszać trudne tematy.

Przypomniałam sobie wiersz:

 

Piosenka o końcu świata

Czesław Miłosz


W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Ocalenie, 1945
Dla mnie rok 94′ był radosnym czasem długowłosej dziewczynki, dzieciństwa na wsi, przyjaciół, poznawania świata i wiosennego czekania na zieleń. Dla innych był końcem świata. A przecież jest życie po końcu świata. Przeczytajcie, nie będzie łatwo, ale tak bardzo trzeba.