Nawet myszy idą do nieba

Share on facebook
Share on email
Iva Prochazkova napisała fantastyczną, pełną humoru i nienachalnych mądrości książkę, która – co nie jest łatwą sztuką – trafi do odbiorców w każdym wieku. Ilustracje Denisa Abrhámová Grimmová są dopracowane w każdym calu, a kolory po prostu obłędne. Jeśli do tego dołożymy dowcip i językowy spryt tłumaczki Julii Różewicz, to mamy w rękach prawdziwe cacko.
Wydawnictwo Afera nie kojarzy się z książkami dla niedorosłych, a jednak w ofercie ma takie smakołyki jak „Niedoparki” (3 części autorstwa Pavela Šruta z ilustracjami Galina Miklínová), niedawno wydane „Popieliczki” (wydana w formacie leporello książka dla najmłodszych) czy „Truchlin” (serię dla młodych nastolatków z mrocznym zacięciem). Mam wrażenie, że „Nawet myszy idą do nieba” może stać się ogromnym hitem i to nie tylko przez wzgląd na podwójną premierę: książkową i filmową.
W wielkim skrócie, aby nie psuć Wam nazbyt zabawy:
🟠 myszka Czmyszka umiera
🟠 umiera też jej śmiertelny wróg – lis Rudeusz
🟠 oboje lądują w niebie
🟠 zaprzyjaźniają się
🟠 wracają na ziemię
Można opowiadać o śmierci w najróżniejszy sposób. Można, jak Katarzyna Jackowska-Enemuo snuć piękną baśń, która kończy się niekoniecznie happy endem (chociaż?): mowa o „Tkaczce Chmur” z ilustracjami Marianna Sztyma z ALBUS Wydawnictwo; można również po początkowej konsternacji przenieść się w świat pełen magii i przygód, nowych możliwości i bolączek – taki los przygotował dla bohaterów „Spookademii” Adam Faber (Zygzaki); można podejść do sprawy bardzo poważnie (choć i odbiorca jest tu nieco starszy) i napisać powieść tak przejmującą, że próżno opanować łzy w trakcie lektury. Taki model znajdziemy w „Tyle miłości nie może umrzeć” Moni Nilsson (Wydawnictwo Zakamarki). Można też o śmierci napisać tak pięknie, a równocześnie tak lekko i zabawnie, a czasem wręcz – ukradkiem! – jak Iva Procházková.
Tak naprawdę nie mam pojęcia, co każdy czytelnik i czytelniczka odnajdzie w tej mysio-lisiej historii. Moja pierwsza myśl po odłożeniu książki, to: dobrze tam, gdzie nas nie ma. Potem zaczęłam myśleć, że ta książka nauczy nas przede wszystkim ciekawego spojrzenia na różnorodność, pewnej otwartości, którą odnaleźli w sobie mysz i lis, a ludzie (w każdym razie niektórzy) wciąż nie potrafią. Czy to nie najlepsza lekcja, jaką możemy dać dziecku? To łamanie stereotypów można przenieść na wiele płaszczyzn i przypadków: od „innych” kolegów i koleżanek w klasie, z którymi nikt nie chcę się kumplować, a ci noszą w sobie wielgachne pokłady fajności, przez przyjaźń z chłopakiem, który najmocniej ciągnął cię za warkocze, aż do przyjaźni ze staruszkiem, który mieszka w tej samej kamienicy i mógłby być twoim praprapra… no wiecie. Zamiana ról, która odbędzie się na stronach książki, to w zasadzie przekaz wprost, aby wejść czasem w czyjąś skórę i przyglądnąć się, jak inaczej może wyglądać sytuacja z innej perspektywy.
Kwestia śmierci może być najbardziej elektryzująca i wciąż nastręcza rodzicom wiele kłopotu. Jak już wielokrotnie pisałam boimy się rozmów o końcu, uciekamy od nich, łudząc się, że tak uchronimy nasze dzieci od „niepotrzebnych” emocji. Psycholożki i psycholodzy są jednak zgodni: z dziećmi trzeba rozmawiać o śmierci. Książką Procházkovej może pomóc pożegnać się nie tylko ze zwierzęciem, ale rownież z najbliższymi ludźmi. Nie szukajcie tu jednak katolickiej wizji nieba od a do z. Autorka czerpie pełnymi garściami z religijności, ale też z mitologii czy hinduizmu (i po części buddyzmu). Mamy zatem przewodników w zaświaty, dusze zaznajomione już z „drugą stroną”, które służą pomocą w rytuale przejścia; mamy bramy nieba – w jednej z nich spotykamy kozę, która na liściach kapusty ma zapisane, zdawałoby się, wszystko. W tytułowym niebie znajdziemy też łaźnię, która okaże się przyjemnym akwenem z nieziemskimi właściwościami zmywania z nas życiowego brudu – tu można się dopatrywać symboliki chrztu, ale i czyśćca czy oczyszczenia w ogóle. W książce znajdziemy też dość nieoczywistą koncepcję rozgrzeszenia czy analizy własnego życia oraz możliwość decyzji o kolejnym życiu na ziemi. To szerokie spojrzenie na temat zdaje się podkreślać otwartość, o której wcześniej pisałam.
„(…) Ja też nie pamietam wszystkiego. Chociaż pamięć kóz jest na pewno dłuższa niż myszy. Na szczęście mam swoją kapustę, a w niej wszystko, co potrzebne. Przy twoim imieniu widnieje jedynie kilka małych bobków. Dużych nie ma wcale.
– Ale co to znaczy?
– To znaczy, że nigdy nie wyrządziłaś nikomu poważnej krzywdy. Masz na koncie tylko zwykłe, szare mysipsotki – oświadczyła koza i podała Czmyszce jakąś kostkę.”
Oczywiście nikt, ale to nikt nie zabroni nam traktować tej książki, jako pełnej przygód historii dwojga wrogów, którzy ostatecznie staną się najlepszymi przyjaciółmi lub opowieści o odwadze. Zawsze możemy też traktować historię jako przestrogę dla małych łobuzów (gdyby kózka nie skakała…), albo przeciwnie – jako zachętę do eksplorowania, zabawy i łapania życia. Codziennie. Bez wyjątków. Nawet blisko domu, nawet w nieodległym lesie, nawet na nudnej łące tuż obok bloku, bo może się okazać, że to za nią kiedyś najbardziej zatęsknimy.
W książce jest też sporo humoru, który na pewno spodoba się dzieciakom (scena z krokodylem jest świetna!), mnóstwo zabawy i szczypta szaleństwa.
„Czas uciekał. Właściwie nie do końca, bo nawet z czasem działo się tu coś niezwykłego. Nie leciał, nie płynął, nie wlókł się – tak naprawdę chyba go nie było. A jeśli był, i tak nic nie znaczył. Na nic nie wpływał. Wszystko wciąż wyglądało tak samo (…)”
Znajdźcie czas na czytanie.
___
Możecie się też wybrać do kina!
animację „Nawet myszy idą do nieba” w reżyserii
Jan Bubeníček | Denisa Grimmová ze scenariuszem Alice Nellis | Richard Malatinský można oglądać w Polsce od 29 kwietnia.