O kilku godzinach w towarzystwie fok, wielorybów i żarłaczy

Share on facebook
Share on email

Była godzina 13. Albo kilka minut po. Snułam się pomiędzy głaskaniem obrażonego na mnie od rana kota, a doprawianiem obiadu. Nie wyglądałam za okno, nie chcąc psuć sobie resztek dobrego nastroju, jaki pozostał we mnie od wczorajszego wieczoru, kiedy to delektowałam się suszonymi pomidorami i sączącymi się z głośników dźwiękami Mogwai. Nie miałam pomysłu ani na film, ani książkę, ale chciałam wykorzystać ten rzadki czas, kiedy nie musiałam być w pracy,albo w pędzie między pracą a domem; kiedy mogę zrobić coś zupełnie niespiesznie. Biegałam spojrzeniem po mieszkaniu, kręcąc się nieco bez sensu. Rzuciłam okiem na regał z książkami czekającymi na swoje 5 minut, wiedząc, że nie mam siły na historię, która mną zawładnie. Tak to już jednak bywa, że w jednej chwili coś skupi twoją uwagę i pchany bliżej niezidentyfikowaną siłą bierzesz w ręce zapisane strony.

W tej książce przyciągnęła mnie chyba nijakość. Kolor niebieski, za którym nie przepadam. Okładka sugerująca opowieść o grupie nastolatków, która zostaje obdarzona nadnaturalnymi zdolnościami, z główną rolą kobiecą. „Debiut roku 2016” krzyczał z frontu – bardziej odrzucający niż zachęcający chwyt. I tak usiadłam ze „Strażnikami światła” Abby Geni na kolanach.

„A co tam…” – pomyślałam i zaparzyłam dzban herbaty. Momentalnie przeniosłam się na Wyspy Farallońskie (tak, one naprawdę istnieją – musiałam je zlokalizować na mapie, przeczytać cokolwiek napisała o nich Wikipedia; przejrzałam kilka zdjęć przesuwających się na monitorze laptopa, dzięki uprzejmości wujka Google).

Nie należę do odważnych osób. Nie jestem nomadą. Lubię koce, ładne wnętrza i poczucie „domu”. Napawa mnie to swego rodzaju optymizmem i jeśli nawet nie posiadaniem korzeni, to choć jednym pędem, który zakotwicza właśnie w tym, a nie innym miejscu. Lubię, kiedy jest mi ciepło, kiedy pachnie herbatą, kiedy kot pomrukuje; kiedy nie świecąc światła docieram do szklanki i wody mineralnej w środku nocy. Nie oznacza to oczywiście, że nie znam smaku spania pod namiotem i kąpania się w rzece. Po prostu nigdy nie rzuciłam się w wir podróży, bywania gdzieś tylko na jakiś czas. Jak pisze w jednym z listów Miranda – bohaterka książki: „Nie mam przyjaciół, tylko współpracowników. Każda nowa znajomość ma od razu wydrukowaną datę wygaśnięcia. Pasuje mi to.” Jej pasuje – mnie nie pasuje. Ale ona wybrała i historia, którą przeczytałam nie była dla mnie porywającym thrillerem. Była opowieścią o dziewczynie, która kiedyś postanowiła uciekać i coś przyciągnęło ją do tego kawałka głazów na oceanie, rzut beretem od wybrzeża Kalifornii. Opowieść przypomniała mi o marzeniach o podróżach, które skrywa się od dzieciństwa i za mało masz jaj, żeby spakować plecak. Przypomniała mi o ludziach obok mnie, którzy wyjeżdżają, wracają na chwilę, żeby się przepakować i pędzą gdzieś wciąż i wciąż – nie wiem jak długo będą jak wiatr – może już zawsze. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym, jak ja uniknęłabym cierpienia po stracie mamy. Odsuwam na bok te wszystkie opisy życia godowego fok, dużej ilości „ochów” i „achów” nad zachowaniami wielorybów i ciekawostki z życia żarłaczy – to wszystko mnie nie interesuje. W „Strażnikach światła” wytworzyło tło do zdarzeń i nadało powagi zachowaniu tych raptem kilku postaci, krążących wokół głównej bohaterki.

Nie dałam się porwać wartkiej akcji, bo takowej tam nie ma. Nie ma też gęstej magmy mysli, przez którą musisz się przedrzeć. Rozmyte są postacie, zdarzenia, szarawy jest świat, w który się przenosisz. Miałam wrażenie, że wszystko jest rozmyte. Miałkie. Mimo to miałam ochotę spędzić z Mirandą i grupą biologów kilka godzin, miałam siłę czytać o jedzeniu makaronu i puszek o wątpliwym pochodzeniu i dacie ważności do spożycia. Zaznaczyłam kilka uroczych cytatów o chowaniu listów do osoby, która odeszła pod głazami i za pniami drzew, patrzyłam na ciało zanurzone w słonej wodzie razem z grupką ludzi i nie lubiłam czerwonej czapki, która pojawiała się na horyzoncie. Wreszcie pożegnałam się z wyspami.

Zostałam z kotem. Z zimną herbatą. Z kolejną pozycją, która zmieniła swoje miejsce położenia z „do przeczytania” na „przeczytane”. Przeniosłam ją bez emocji. Bez kołatania serca. Przeniosłam ją spokojnie. Nie straciłam czasu. Nie wybiorę się jednak na te Wyspy już więcej. Zostanę w domu. Jeszcze ten raz.