Przemoc.


Nasz świat jest pełen uprzedzeń. Od dziecka naznacza się nas brakiem akceptacji w stosunku do religii, nacji, poglądów politycznych, ustrojów, kolorów skóry. Wydawać by się mogło, że przez tyle pokoleń, tyle przelanej krwi i konfliktów stajemy się mądrzejsi. Wydawać by się mogło, że dojrzewamy do oceny ludzkich czynów, a nie przekonań i w tej ocenie jesteśmy obiektywni, w sposób globalny. Wydawać by się mogło… Prawda jest jednak taka, że nadal nękamy obywateli Ukrainy, tylko dlatego, że tam się urodzili; Niemcom każemy płacić za grzechy przodków ciągle i ciągle. Wszystkich ludzi kojarzących się z radykalnym Islamem wrzucamy do jednego wora terrorysty z ukrytą bombą, który ubierze nasze żony, córki, kuzynki w długie szaty i zasłoni twarz, odbierając im również godność i poczucie wolności. Wychowując dzieci rzucamy niewybredne epitety pod adresem Żydów, albo homoseksualistów. Burzymy się, kiedy nie rozumiemy. Prawda jest jednak taka, że nie chcemy rozumieć. O wiele łatwiej jest ocenić.

W „Historii przemocy” Èdouarda Louisa przyjdzie się czytelnikowi zmierzyć z całą plejadą uprzedzeń. Będą bolały i wwiercały się w nasz światopogląd, weryfikowały nasze poglądy i wystawiały na próbę naszą tolerancję.

Mamy tu do czynienia z retrospekcją. Początkowo nie wiemy co się wydarzyło, ale brniemy przez magmę konsekwencji. Autor rewelacyjnie żongluje relacją bohatera z opowieścią siostry i wspomnieniami z dalekiej przeszłości. To właśnie historia bohatera opowiadana słowami siostry, przefiltrowanymi dodatkowo przez jej własne (prowincjonalne) myślenie jest doskonałym odbiciem dla słów bohatera. On słucha i ocenia. Razem z nim łapiemy siostrę na kłamstwach, próbach wybielenia, pokazania otwartości i wyrozumiałości. Niestety – nasz bohater jest stygmatyzowany nietolerancją od dzieciństwa. To, czego doświadcza bohater wykracza poza wyobrażenie przeciętnego człowieka. Opowiadając chce ubrać w słowa emocje, momenty, relacje, ale okazuje się, że wszystkie sformułowania wydają się być niestosowne. Zawodzi go język.

„Mówi się, że nie mozna wyjść poza język, bo jest on właściwością gatunku ludzkiego, wszystko warunkuje i nie ma innego świata poza obrębem języka, niemożliwe więc, że najpierw się myśli, a następnie porządkuje swoje myśli za pomocą mowy, gdyż tylko poprzez język myśl istnieje, stanowi on warunek, wymóg rozumu i ludzkiego życia, a skoro język jest właściwością człowieka, to przez tych piętnaście minut, kiedy Reda mnie dusił, nie wiem, kim byłem.(…) Dziś mogę powiedzieć: ‚Bałem się’, ale te słowa będą zawsze tylko porażką, rozpaczliwą próbą odnalezienia emocji, prawdy strachu.”

Wraz z „Małym Bellegueul’em” mierzymy się z próbą opowiedzenia światu o tym co się wydarzyło. Z chorobliwym słowotokiem okraszonym łzami, młodego, przerażonego i skrzywdzonego człowieka. Wraz z nim zmywamy z mieszkania i ciała ślady oprawcy. Jego zapach czujemy wszędzie, wydaje nam się, że mamy go w trzewiach, w płucach, że rozlał się w nas samych. Patrzymy na ofiarę swoimi oczami, oczami jej samej, jego przyjaciół, siostry, ale też instytucji. Uderzyło mnie, że być może celowym zabiegiem autora jest wplecenie stereotypów w działania poszczególnych placówek: nieprzyjemny szpital, w którym pacjent jest na ostatnim miejscu; policja, która działa proceduralnie nie bacząc na absurd postępowania; sąd, w którym próżno szukać sprawiedliwości.

Wreszcie zderzamy się z rodziną, od której bohater chce uciec upatrując się w niej małomiasteczkowego, zamkniętego myślenia. Ucieczka do Paryża miała mu pozwolić na otwarcie skrzydeł i wzbicie się do lotu w towarzystwie nowych ludzi, wolnych umysłów.

Kiedy dowiadujemy się, co się stało – cóż – zaczynamy oceniać. I niech pierwszy rzuci kamień ten, który nie ocenił okoliczności, w których doszło do tragedii.

 

„Nieprawda, on wie, że to nieprawda, obaj chcą cię zamknąć w historii, która nie jest twoją historią, chcą cię obciążyć historią, której wcale nie chciałeś, nie twoją, i to właśnie od godziny ci mówią, powtarzają do znudzenia: zgłoś się na policję, złóż zeznania – chcą, byś to zrobił, byś poniósł tę historię na własnych plecach, więc co z tego, że będziesz przez długie miesiące wędrował zgarbiony pod jej ciężarem, co z tego, że nadwyrężysz sobie kręgosłup, co z tego, że trudno mi ten ciężar udźwignąć, że pękają mi żebra, że rani moją skórę, że zrywa mi ścięgna, że uciska moje narządy wewnętrzne.”

 

Brutalna przeprawa przez konsekwencje przemocy. Strach, ból, ciężar, zagubienie, poczucie osamotnienia, poddanie się, agresja. Prześledzicie wszystko. Będzie wam ciężko.

 

Wydawnictwo Pauza zdążyło nas już przyzwyczaić, że nie będzie wydawać literatury ani łatwej, ani przyjemnej. Będzie uderzać w najczulsze struny, będziemy po niej obolali. Wartość jednak jaką w sobie niosą i jak wiele w nas, czytelnikach, pozostawiają jest wartością daleko wyprzedzającą chwile trwogi podczas czytania.

 

kavka

kavka

Skomentuj